Pani Sabina Stanisz-Kozdroń z rodziną

2011-03-28 16:09

Ilustracja

Właśnie minęły dwa lata od czasu kiedy przeżywaliśmy te straszne chwile, a ja dopiero teraz czuję, że odreagowałam całą tę sytuację, że zszedł ze mnie stres i nerwy związane z tym co się stało. Dopiero teraz, kiedy Julka zaśnie, potrafię psychicznie odpocząć, usiąść wygodnie w fotelu i obejrzeć film – bo jeszcze niedawno myślałam tylko o niej, nic innego nie było dla mnie ważne, byłam strasznie zestresowana, co chwilkę chodziłam do niej sprawdzać czy wszystko jest w porządku i dotykałam jej główki czy nie ma temperatury. Przez długi czas podchodziłam do łóżeczka córki prawie co pięć minut, z czasem przerwy te zaczęły się wydłużać. Na szczęście pomogło mi w tym drugie dziecko, ale wtedy – dwa lata temu – myślałam, że tracę to jedyne. 

Była sobota 21 lutego 2009 roku. Miałam jeszcze kilka spraw do domknięcia w pracy, więc 8-miesięczną Julką zaopiekował się mąż. Około godziny 11.00 zadzwonił do mnie i powiedział, że Julka obudziła się, ale wydaje mu się, że ma temperaturę, a kiedy posadził ją na nocniku osunęła się z niego i dostała dreszczy, ale później znów zasnęła. Po tym telefonie byłam niespokojna o córkę, ale pracowałam dalej - pomyślałam, że to tylko temperatura. Jednak myśli co jakiś czas wracały do domu i zastanawiałam się co tam z moją małą córeczką.
Około godziny 13.00 znów dostałam telefon: Wracaj szybko Julka ma 40 stopni gorączki – zawołał ze zdenerwowaniem mąż. Serce zaczęło mi głośno kołatać, ale wprowadziłam jeszcze dwa dokumenty i w nerwach wróciłam do domu.
Zastałam strasznie rozpaloną małą. Podaliśmy jej paracetamol i bez chwili zastanowienia pojechaliśmy na całodobową opiekę limanowskiego szpitala. Julkę badał młody lekarz, który nie był pediatrą. Powiedział, że to są objawy podobne do grypy czy przeziębienia. Zalecił podać jej paracetamol lub czopki na zbicie temperatury i syrop. Lekarz nie wydawał nam się kompetentny i poczuliśmy się trochę zbyci, więc próbowaliśmy się dodzwonić do naszej pani pediatry z przychodni, ale nie odbierała. Później podjechaliśmy pod jej dom z myślą, że jeśli będzie to może nas przyjmie prywatnie – jednak nikogo nie zastaliśmy na miejscu. Wróciliśmy więc do domu...

Julce podaliśmy czopka i po godzinie temperatura spadła. Zaczęła się bawić i jeść jakby nic się wcześniej nie działo. Minęły trzy kolejne godziny i około godziny 18.00 Julka znów zaczęła gorączkować... Miała 40 stopni gorączki, ale nie miała rumieńców – wręcz przeciwnie była cała blada, jej małe rączki były jak lody, skóra zrobiła się przeźroczysta. Właśnie zmieniałam jej pieluszkę, kiedy zobaczyłam na jej nóżkach jakąś wysypkę. Powiedziałam o tym siostrze, a ona na to, że przesadzam i panikuję bo to moje pierwsze dziecko, ale po chwili sama zauważyła wysypkę koło uszu Julki. W tym czasie panowała ospa, więc siostra, która przeszła różne choroby przy swojej czwórce dzieci stwierdziła, że to może być to. Byłam cała w nerwach. Intuicja podpowiadała mi, że coś złego się dzieje, ale to nie jest ospa... Przypomniałam sobie wtedy historię małej siostry mojej koleżanki, która zmarła w wieku 3 miesięcy na jakąś chorobę, która spowodowała skrzepnięcie się krwi w organizmie... Boże proszę oby to nie było to co u siostry Oli....ale co ja mam teraz robić? Jechać do szpitala, żeby odesłali mnie znów do domu i pomyśleli, że jestem rozhisteryzowaną mamuśką? Zadzwoniłam jeszcze do lekarki, która doradziła mi, że będąc na izbie przyjęć mam prawo żądać, aby moje dziecko zbadał pediatra....

Trafiliśmy znów na opiekę całodobową z bojowym nastawieniem, że moje dziecko musi zbadać pediatra. Był ten sam lekarz – gdy tylko zobaczył, że wróciliśmy, bez żadnego problemu wypisał nam skierowanie na oddział. Podczas wywiadu – lekarz pediatra wypytywała wcześniej co się dzieje dziecku więc powiedziałam, że Julka ma wysoką temperaturę do 40 stopni, jest senna, słaba i ma jakąś wysypkę. A kaszle? Nie – odpowiedziałam i w tej chwili zobaczyłam jak zdenerwowana lekarka wzięła moją córeczkę i szybko z nią gdzieś poszła wewnątrz oddziału. Nie wiedziałam co się dzieje, dlaczego nic nie mówiąc zabrała moje dziecko... Chwilę później lekarka wróciła i powiedziała, że stan dziecka jest tragiczny i musimy podpisać zgodę na leczenie. W nerwach nie wiedziałam co się dzieje, słyszałam głośne kołatanie serca, podpisałam szybko zgodę nie czytając jej...

Zapytałam co się dzieje... lekarka odpowiedziała, że to gorączka krwotoczna i że podali jej wszystko, co możliwe w tej sytuacji...to niemożliwe pomyślałam...jak stan mojego dziecka może być tragiczny, skoro Julka miała tylko gorączkę, nawet nie kaszlała.....Co to jest ta gorączka krwotoczna? Może to jeszcze nie koniec, może da się ją jakoś wyleczyć? - chodziłam w nerwach tam i z powrotem prosząc półgłosem Matkę Boską by ocaliła moją córeczkę, aby nie pozwoliła jej umrzeć... Przecież to może być moje jedyne dziecko... Poprosiłam męża, żeby przywiózł wodę święconą, którą przywieźliśmy z pielgrzymki i zatelefonował do znajomego księdza z prośbą o odprawienie mszy św. o zdrowie Julki…

W nerwach patrzyłam przez szybę do gabinetu zabiegowego, gdzie pielęgniarki zajmowały się Julką. Nie wolno mi było tam wejść, dopiero po pobraniu badań i podaniu leków poproszono mnie, abym przytuliła córkę, mogłam ją też nakarmić. Dopytałam się znów pielęgniarek co jest mojej córce, usłyszałam odpowiedź – Sepsa. W mojej głowie wszystko się kotłowało: co takiego? sepsa? Jeszcze niedawno, kiedy słyszałam w wiadomościach informację, że na sepsę zmarło kilku żołnierzy w jednostce wojskowej, nawet nie próbowałam tego słuchać dokładnie, bo zaraz pomyślałam, że skoro jest tyle mld osób na świecie dlaczego akurat mnie miało by to spotkać. A teraz okazuje się, że to mnie właśnie spotkało, że to mnie dotyczy…dlaczego to właśnie spotkało moją córeczkę? Byłam cała rozgoryczona, ale skrycie liczyłam na jakiś cud, liczyłam na to, że moja córeczka będzie żyła… Byłam dziwnie spokojna – czułam jakby Ktoś mi mówił, że wszystko będzie dobrze…

Lekarka poinformowała nas, że będziemy przewiezieni do Szpitala w Prokocimiu. Długo czekaliśmy na karetkę – może nawet 1,5 godziny, a później na sygnale przewieziono nas do szpitala. Zaraz po podaniu leków wysypka przestała narastać. Dopiero kiedy zobaczyłam Julkę podpiętą do aparatury w izolatce na intensywnej terapii zdałam sobie tak naprawdę sprawę w jakim ona jest stanie, że mogę ją stracić na zawsze… Kiedy ją całowałam na pożegnanie pielęgniarka spytała mnie czy się nie boję, a ja pytam czego? A ona na to – przecież pani może się zarazić, proszę myśleć teraz o sobie! Jak mogłam myśleć o sobie! Przecież to moje dziecko! Kocham ją nad życie i nikt inny się wtedy dla mnie nie liczył! Lekarz dyżurujący zaprosił nas do jakiegoś pokoju i podał nam tabletki, które zabijają nosicielstwo w danej chwili, oraz powiedział, że musimy być przygotowani na każdą ewentualność: dziecko jest w ciężkim stanie i trzy doby powinny przesądzić o jego dalszym losie. Wszystko zależeć będzie od walki organizmu z chorobą i czy nie wystąpią komplikacje: niewydolność oddechowa czy wstrząs septyczny.

Zostawiłam swój numer telefonu lekarzom. Wychodząc z oddziału gdzieś zbłądziliśmy i trafiliśmy w jakiś ciemny korytarz, gdzie były tylko drzwi po obydwu stronach i żadnej żywej duszy… Poczułam się jakbym była w innym świecie, a to wszystko co się wydarzyło, jakby mi się śniło… Nigdy nie zapomnę tego strasznego uczucia, które mi towarzyszyło, gdy wychodziłam ze szpitala, sama z mężem, bez mojej córeczki, po raz pierwszy od jej narodzin musiałam ją zostawić samą. Rozpłakałam się kiedy spojrzałam na swoje ręce, w których trzymałam ubranka Julki, bo wtedy dopiero sobie uświadomiłam, że mogę jej już nie zobaczyć żywej, że ona może umrzeć…

Koło godziny 3 nad ranem nagle zadzwonił mój telefon. Wstałam na równe nogi – Boże już pewnie po niej… pewnie Julka umarła… – pomyślałam. Na szczęście to dzwonił brat, który właśnie wrócił do Limanowej i pytał jakie tabletki mają zażyć, aby zabić nosicielstwo.
Każdy kolejny telefon wywoływał we mnie jeszcze większy stres i nerwy, bo myślałam za każdym razem, że dzwonią ze szpitala. Wtedy poprosiłam, aby przez jakiś czas nikt nie dzwonił na mój telefon. To były okropne chwile. Pierwsza doba była najgorsza, bo nie wiedzieliśmy, w którą stronę to wszystko pójdzie…im dłużej stan się nie pogarszał tym większe szanse na wyleczenie….

Już w poniedziałek poinformowano mnie, że stan dziecka się poprawia, chociaż wyniki krwi były niepokojące. Zlecono konsultację ze specjalistą, bo chwilowo podejrzewano u Julki chorobę krwi -białaczkę). We wtorek przyszła wstępna informacja z bakteriologii w Limanowej: zauważono wzrost bakterii neisseria meningitidis - w Prokocimiu już wyniki nie wykazały żadnej bakterii. Poinformowano mnie, że stan dziecka jest stabilny i nie zagraża już życiu i prawdopodobnie w środę Julia zostanie przewieziona na oddział neuroinfekcji do Szpitala Jana Pawła II w Krakowie. Cieszyłam się, bo powiedziano mi, że w tym szpitalu będę mogła zostać już z dzieckiem. Na oddziale neuroinfekcji byłam jeszcze tylko tydzień – leczenie było kontynuowane, a stan Julki coraz lepszy.

Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji jakie może spowodować sepsa. Nie miałam wtedy dostępu do literatury czy internetu, aby się doszkolić. O tym, że dziecko może mieć zapalenie opon mózgowych dowiedziałam się w szpitalu, kiedy pobierali jej płyn mózgowo-rdzeniowy – na szczęście wynik był negatywny. Dzwoniący dopytywali mnie czy Julka słyszy, widzi… Wtedy nie wiedziałam dlaczego…

Mieliśmy bardzo dużo szczęścia, że tak się to wszystko potoczyło – to był prawdziwy cud! Bo jak wytłumaczyć fakt, że nasza córka przeżyła ostrą posocznicę meningokokową i nie ma żadnych powikłań z nią związanych…

Wcześniej tak naprawdę nie wiedziałam co to jest sepsa, co to są meningokoki czy pneumokoki – myślałam, że szczepionki na te bakterie to tylko wymysł firm farmaceutycznych, które jak każda firma chcą tylko zarobić, nie zdawałam sobie sprawy, jak poważne zagrożenia stanowią te bakterie. To doświadczenie wiele nas nauczyło – teraz nie oszczędzamy na szczepionkach…

Julka ma dziś 2,5 roczku i jest normalnym, bardzo ruchliwym, inteligentnym dzieckiem. Ma tylko obniżoną odporność przez co często choruje… Julka lubi bawić się zabawkami, oglądać książki, malować, tańczyć, słuchać i oglądać bajki, chodzić na spacery. Uwielbia przyklejać naklejki w książkach, ostatnio nawet nauczyła się liczyć do 10...No i oczywiście cieszy się, że ma młodszą siostrzyczkę Hanię. Jak każda mama jestem dumna ze swoich córek, z radością śledzę kolejne osiągnięcia rozwojowe Julki. Czasami ze łzami w oczach patrzę na nią i uświadamiam sobie, że mogło by już jej nie być z nami ….Cieszę się i dziękuję Bogu, że jest mi dane patrzeć jak ona rośnie…

Projekt i wykonanie: Multi Communications