Pan Andrzej Kuczara i córka Dominika
2010-04-14 11:21
Andrzej Kuczara – prezes fundacji „Aby żyć” – pomaga dzieciom i młodzieży dotkniętym chorobami infekcyjnymi układu nerwowego. Prowadzona przez niego organizacja zajmuje się także profilaktyką tych schorzeń, między innymi poprzez dofinansowywanie szczepień oraz wspieranie rozwoju nowoczesnej diagnostyki. Wszystko pod okiem lekarzy Oddziału Neuroinfekcji i Neurologii Dziecięcej w Krakowie. Historię fundacji napisało życie.
Pan Andrzej pierwszy raz zetknął się z neuroinfekcjami ponad 4 lata temu, kiedy jego córka – Dominika zachorowała na meningokokowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych.
Choroba Dominiki zaczęła się niepozornie. Początkowo dziewczynka miała niewysoką gorączkę i wszystko wskazywało na zwykłe przeziębienie. Szybko jednak sprawy przybrały o wiele poważniejszy obrót. Dominika wymiotowała, była bezwładna, nieprzytomna. Pan Andrzej nie wiedział jak jej pomóc. Zdezorientowany, o 6 rano postawił na nogi doktor Marię Stępniewską-Ryskalę – ordynator Oddziału Pediatrii w krakowskim Szpitalu Miejskim Specjalistycznym. Lekarka uznała, że dziecko musi jak najszybciej trafić na oddział neuroinfekcji. Ojciec zadzwonił na pogotowie, opowiedział o objawach dziecka, ale dyspozytorka i dyżurny lekarz odmówili pomocy, twierdząc, że jest to sprawa dla rejonowego pediatry, a nie pogotowia ratunkowego.
Czas płynął nieubłaganie, a u Dominiki pojawiały się kolejne objawy choroby. Dziecko miało przeczulenie skóry, światłowstręt i coraz wyraźniejsze zesztywnienie ciała. Po kolejnej rozmowie z pediatrą stało się jasne, że trzeba czym prędzej jechać do szpitala. Pan Andrzej doniósł dziecko do samochodu i pędził, nie zważając na żadne przepisy drogowe. Tuż przed 8 wpadł do izby przyjęć. Był zrozpaczony. Krzyczał, że dziecko umiera i potrzebuje pomocy. Zaskoczeni lekarze błyskawicznie ruszyli na ratunek. Było jasne, że stan zdrowia dziecka jest bardzo ciężki. Ciało Dominiki wysztywniło, pojawiły się wybroczyny, dziecko całkowicie utraciło przytomność.
Od tej pory Dominika była już pod opieką doktora Wojciecha Kruka, a Panu Andrzejowi pozostawało tylko czekać. To właśnie było najgorsze. Emocje szalały. Na przemian pojawiały się: rozpacz, wściekłość, poczucie bezradności. Mimo wszystko trzeba było wierzyć, że dziewczynka z tego wyjdzie. Niestety na początku nie było z nią kontaktu. Wypowiadała pojedyncze słowa, ale robiła to nieświadomie. Dopiero po kilku dniach można było stwierdzić, że dziewczynka na pewno przeżyje. Dominika zaczęła odzyskiwać przytomność, ale miała niedowład lewej strony. Czekały ją tygodnie ciężkiej pracy pod okiem doświadczonych rehabilitantów. Stopniowo i powoli odzyskiwała siły.
Dziś – 4 lata później – po chorobie nie ma już śladu. Dominika chodzi do szkoły, normalnie się rozwija i nigdzie nie ma taryfy ulgowej.
Pan Andrzej przyznaje po latach, że choroba córki bardzo go odmieniła: wszystko nabrało właściwych proporcji, zwolnił, nie myśli wyłącznie o pracy i cieszy się, że dzięki fundacji „Aby żyć” może pomagać innym dzieciom i ich rodzicom. Jednak nawet dzisiaj, kiedy opowiada tę historię, łzy same napływają do oczu.
